Niecierpliwie czekamy na kochaną rodzinkę. Piszę tego posta o 21:40 czasu wschodnio-australijskiego, czyli w Polsce jest 12:40. Za dwie godzinki rodzinka ląduje w Brisbane. Zanim się wydostaną z samolotu, przejdą skrupulatną odprawę paszportową (poprzedzoną oczywiście staniem w kolejce), odbiorą swoje bagaże a potem przejdą jeszcze bardziej skrupulatną sprawdzanie bagażu, minie pewnie z półtorej godziny. Australia ma straszliwie restrykcyjne zakazy wwożenia jedzenia, nasion, gleby, drewna, i wszystkiego co mogło by sprowadzić do nich chorobę lub obcy gatunek roślin lub zwierząt, wiec to sprawdzanie bagażu czasem może trochę potrwać. Potem muszą jeszcze znaleźć Adaśka który tam na nie czeka, i trzeba znaleźć auto na wielkim parkingu, i znaleźć drogę do domu i nie zgubić się w big city Brisbane. Dojadą pewnie umęczone i od razu pójdą spać, więc łatwiej im będzie się przestawić na inną strefę czasową . Nie tak jak my mieliśmy, że przylecieliśmy rano, straszliwie umęczeni i nie mogliśmy zasnąć przez cały dzień, bo inaczej nici z przestawiania zegara biologicznego. A rano kochana rodzinka to chyba długo sobie nie pośpi bo chłopczyki już się nie mogą doczekać babci i cioci.
To dopiero jak się na kogoś czeka, widać jak straszliwie długa jest ta podróż do Australii. Całą noc i cały dzień i jeszcze kawał nocy.... Bryyy jak tak sobie pomyślę że my musimy jeszcze do Polski wrócić, i jeszcze raz tą koszmarnie długą podróż przebyć. Żeby to było ciut bliżej....
czwartek, 20 stycznia 2011
środa, 19 stycznia 2011
wtorek, 18 stycznia 2011
W polskich wiadomościach powódź w Australii zeszła na plan dalszy, teraz na topie sprawa smoleńska (znów), od razu widać spadek oglądalności na blogu. Nic ciekawego się u nas nie dzieje, a ile można czytać o taplaniu się w oceanie i oglądać fotki z plaży. Nudno.... No niestety nie mogę wam nic bardzo ciekawego przedstawić, teraz to mamy: "another perfect day in the paradise". Jest upalnie, słońce mocno świeci a niebo jest błękitne. Powoli szykujemy się do przyjazdu rodzinki. Jutro będe zasuwała ze szmatą żeby troszkę odgruzować mieszkanie. A dzisiejszy dzień spędziłam z Usi (naszą gospodyni) na zakupach w Mooloolaba i Maroochydore. Miłe łażenie po sklepach i kupowanie szmatek. Babskie przyjemności. Szkoda strasznie że zapomniałam zabrać aparat, bo chętnie pokazała bym wam zupełnie inne plaże niż nasza Noosa: dziesiątki apartamentowców, deptak z restauracjami i kawiarniami No i masa turystów. Plaża pełna jak w Miami - ręczniczek przy ręczniczku. Może ktoś lubi taki turystyczny harmider... Ja chyba wole troszkę więcej wolnego miejsca na plaży.
poniedziałek, 17 stycznia 2011
Uf, jest gorąco!
Jest gorąco, słońce porządnie przypieka. Teraz, to czujemy że jesteśmy w Australii. Bączki do przedszkola, my na plaże. Ale nawet mocząc się co pięć minut w oceanie trudno ten upał wytrzymać. Trzeba chować się do cienia, a niestety wszystkie zacienione miejsca pod rachitycznymi nadbrzeżnymi drzewkami okupowane. Czekamy niecierpliwie na kochaną rodzinkę. Udało się im przebukować bilet z zeszłego felernego czwartku na ten tydzień. W czwartek Brisbane pływało w fali kulminacyjnej, lotnisko działało ale zamknięta była autostrada wiec nie było możliwości dojazdu. Teraz już jest wszystko dobrze, więc nie powinno być żadnego problemu z odbiorem kochanej rodzinki z lotniska. Ale się Szymcio i Jasio ucieszą!!!!
niedziela, 16 stycznia 2011
Castaways Beach
Niedziela na plaży. W końcu mamy pogodę, cały kolejny tydzień ma być ładny i słoneczny. Po powodzi nie ma już śladu. Tylko ocean jeszcze nie odzyskał swojego błękitnego koloru. Na naszych plażach w Noosa woda nie dość że zabarwiona na brązowo to jeszcze z dodatkami. Mnóstwo liści, patyków i tego rodzaju śmieci, pływanie w takiej "zupie" to średnia przyjemność. Trochę dalej na otwartym oceanie jest znacznie lepiej. Nie jest to może błękit jak z pocztówki, ale chociaż nie ma dodatków. W weekendy to nawet lepiej wyrwać się na bardziej odludne plaże, bo nie przepadamy za turystycznym tłokiem i gwarem, a i znalezienie miejsca do zaparkowania przy plaży w Noosa graniczy z cudem. Plaże Castaways Beach są akurat - odległość do następnych plażowiczów wynosi około 500m, wiec nikt ci na głowę nie wchodzi. Niebo nie całkiem bezchmurne, jakieś ciemne chmury kłębią się na horyzoncie, ale nad plażą świeci słońce z czego bardzo się cieszymy.
Adaśko chce się pochwalić swoimi dziełami.
Adaśko chce się pochwalić swoimi dziełami.
piątek, 14 stycznia 2011
Słońce, kwiaty i banany.
Dziś już jest normalny dzień. Brisbane powoli wychodzi z powodzi. Woda zaczęła opadać, ruszyły wielkie porządki. Po "wielkiej wodzie" pozostały niewyobrażalne tony śmieci i błota. Jeszcze długo miasto będzie dochodziło do normalności. Autostrada jest już otwarta, ruszyły dostawy. W sklepie są banany (wiem, to banalne), na stacjach jest paliwo. Niestety to nie koniec klęsk żywiołowych dla Australii. Teraz zaczęła się powódź w New South Wales i na Tasmanii. Do tego na oceanie uformowało się tornado (jeszcze tego brakuje!) nie zagraża na razie wybrzeżom Queensland, ale z tornadami to nigdy nic nie wiadomo. Na razie mamy piękną pogodę, jest słońce i jest ciepło. Wyrwaliśmy się na wycieczkę do Botanic Garden. Trawniki jeszcze trochę namoknięte i błoto ciamka pod butami, ale jest zielono, a kwiaty kwitną.
czwartek, 13 stycznia 2011
Jest w miarę normalnie
Wiem, że to może nie jest zbyt poprawnie siedzieć na plaży, gdy wokoło szaleje powódź, ale tak właśnie dzisiaj robiliśmy. Wielka woda w Brisbane, też pewnie macie cały czas relacje w wiadomościach. A w Noosa życie toczy się prawie tak jak zawsze. To szczyt sezonu wakacyjnego, turyści nie pouciekali ( może nie mogli bo autostrada zamknięta),a na plaży tłoczno, na deptakach tłoczno. Tym bardziej ze to pierwszy w miarę piękny dzień od "ho ho ho nie wiem już jak" dawna. W rejonie Noosa powódź nie wyrządziła większych szkód - od parę lokalnych podtopień. O tym że było więcej wody świadczą tylko miejscami przy krawężnikach kupki liści i błota. Tak w zasadzie nie ma śladu. Mamy naprawdę wiele szczęścia. Cały okoliczny system jezior przyjął ten nadmiar wody i dzięki temu nie mamy takiej sytuacji jak w Brisbane. Noosa River nie spowodowała większych zniszczeń, nie jest zanieczyszczona ściekami, martwymi zwierzętami i śmieciami więc nie mamy problemu ze skażoną wodą. W wielu miejscach na wybrzeżu Queensland plaże są pozamykane z powodu skażeniem bakterią e.coli i jeszcze jakimś świństwami. Plaże Noosa są czyste, woda w oceanie jest tylko brudna od błota i liści. Cóż, w tym sezonie możemy już chyba zapomnieć o cudownych błękitnych wodach na plażach w Noosa. Kataklizm odczuwalny jest tylko na sklepowych półkach. W sklepach zaczyna brakować warzyw i owoców - nie działa giełda w Brisbane, zamknięta jest autostrada dla transportów. Wiele upraw jest zniszczonych lub zalanych. Półki w markecie na dziale warzywno owocowym świeciły pustkami. Nie ma problemów z mięsem, chlebem i wodą. Zaczyna też być problem z benzyną. Udało nam się dzisiaj zatankować, ale na wielu stacjach nie ma już wogóle benzyny.
Jednak mimo całego kataklizmu w koło, cieszyliśmy się pierwszym od bardzo dawna pięknym dniem, posiedzieliśmy na plaży i powygrzewaliśmy się w słońcu. Och jak miło. Oby słoneczko świeciło tak nadal, bo mamy cały dom do wysuszenia - meble, dywany, pościel i ubrania. Wszystko od tej wilgoci zapleśniałe i śmierdzące.
Jednak mimo całego kataklizmu w koło, cieszyliśmy się pierwszym od bardzo dawna pięknym dniem, posiedzieliśmy na plaży i powygrzewaliśmy się w słońcu. Och jak miło. Oby słoneczko świeciło tak nadal, bo mamy cały dom do wysuszenia - meble, dywany, pościel i ubrania. Wszystko od tej wilgoci zapleśniałe i śmierdzące.
Subskrybuj:
Posty (Atom)










