Cudowny deszczowy poniedziałek. Leje nadal bez zmian. No może trochę bardziej wieje, i cieplej się zrobiło. Rezultat taki, że wilgotność powietrza wynosi chyba z 200%. Pranie wisi sobie na sznurku od trzech dni i wyschnąć nie chce. Jest chyba nawet jeszcze bardziej mokre niż jak je z pralki wyciągnęłam... Udało się dostarczyć dzisiaj potworki do przedszkola. Nasza droga do Cooroy nie była zalana, choć potokom brakuje już niewiele do poziomu drogi. W przedszkolu pustki, bardzo wiele dzieciaków wogóle do przedszkola nie dojechało. Zaczynamy łapać depreskę - kto to widział żeby w Australii tak padało, ponoć to najsuchszy kontynent!!! Powinniśmy teraz narzekać na straszliwe upały, poparzenia i udary słoneczne. A my tu tęsknimy do słonka i błękitnego nieba. Jedyna nadzieja że od czwartku ma się wypogodzić. A na niedzielę zapowiadają 30 stopni i piękne słońce. Oby....
Nawet zdjęć wam nie będę zamieszczać bo co tu jest do oglądania.....
niedziela, 9 stycznia 2011
sobota, 8 stycznia 2011
Bul, bul, bul.....i bul
Mamy powódź. Od świata jeszcze nas nie odcięło całkowicie, droga do Cooroy wprawdzie zalana, ale samochody terenowe jak na razie dają radę przejechać. Na szczęście jesteśmy w górkach, więc woda szybko spływa, okoliczne potoki bardzo szybko wzbierają, ale i szybko odprowadzają wodę dalej. Nie wiemy jak wygląda sytuacja na drodze do Noosa, tam teren jest już bardziej płaski, jest parę jezior po drodze. A woda leje się z nieba non stop, i ma tak lać jeszcze przez dwa dni. Główna autostrada prowadząca na północ jest nieprzejezdna - w okolicy Gympie wylała Mary River. Cudownie......
czwartek, 6 stycznia 2011
Bul, bul, bul.....
Pływamy! dzisiaj to już powódź mamy. Dziwna pogoda: co 10 minut leje, ale tak straszliwie, ściana wody po prostu, do tego momentami słońce prześwieca gdzieś zza chmur. Rano odwieźliśmy potworki do przedszkola i właśnie się zastanawiam czy uda nam się ich odebrać. W drodze powrotnej już w paru miejscach pruliśmy jeepkiem wodę. Na razie to tylko powylewały przydrożne rowy, ale w dwóch miejscach mamy mostki i rzeczki - jak ta cała woda spłynie do rzeczek może być problem..... Trzeba będzie kajakiem po dzieci popłynąć. Bul, bul, bul.....
Bul, bul, bul.... pada, pada, leje, leje..... okoliczne rzeczki i potoki wezbrały, miejscami brakuje tylko paru centymetrów do przelania się przez drogę. Mokro wszędzie.... I ma tak leć jeszcze parę dni.
Bul, bul, bul.... pada, pada, leje, leje..... okoliczne rzeczki i potoki wezbrały, miejscami brakuje tylko paru centymetrów do przelania się przez drogę. Mokro wszędzie.... I ma tak leć jeszcze parę dni.
środa, 5 stycznia 2011
Sielanka z deszczem w tle :-(
Błękitne niebo i szum oceanu. Sielanka. Potworki w przedszkolu, Adaśko jechał załatwiać biznesy w mieście, więc podrzucił mnie na dwie godzinki na plaże. O jak miło tak samemu bez tych małych "mama mama". W końcu można w spokoju troszkę słoneczka złapać. Adaśko przyniósł wspaniały lunch na plażę. Były krewetki, buła, zimne piwo imbirowe i czereśnie. O sielanka x2! Niestety na tym kończą się miłe rzeczy. Zapowiadają znów pogorszenie pogody - ma lać cały tydzień BUUUUUU!!!!!!!!! Już zaczęło padać. :-(( o nie...........................................................
wtorek, 4 stycznia 2011
O pleśni i wycieczkach.
Uf, skończyły się w końcu "public holiday", życie wróciło do normy, zaczęło się przedszkole i mam w końcu chwile wytchnienia od kochanych potworów. A niech się teraz panie w przedszkolu pomęczą! Tym bardziej że wcale nie mam luzu tylko masę roboty. W domu wielkie sprzątanie trzeba zrobić, bo po całym świątecznym czasie ulewnych deszczy wszystko nam porosło pleśnią. Na ścianach, meblach, pod dywanami zielonkawy nalot pleśni - wstrętne! Przy tej wilgotności i temperaturze pleśnieje wszystko, a jak się gdzieś w kuchni zawieruszy w szafce cokolwiek do jedzenia to już cuda na tym wyrastają. No wiec miałam "wolny czas" ze szmatą i docierałam do czysta wszystkie szafki w kuchni. Szykujemy się powoli na przyjazd kochanej rodzinki. Obmyślamy gdzie by tu mamuś i sister zabrać. Oczywiście wszystko zależy od pogody - oby było ładnie. Zastanawialiśmy się czy by nie pojechać na parę dni na wyspę Lady Musgrave na Wielkiej Rafie. Byliśmy tam razem z Adasiem w czasie naszego ostatniego pobytu w Australii. Miejsce cudne, na pewno by się rodzince podobało. Niestety, promy na wyspę wypływaj z Town of 1770 (ale nazwa) położonego dokładnie pomiędzy Bundaberg i Gladstone - w samym środku terenu objętego powodzią. Bundaberg zostało częściowo ewakuowane, w Gladston też woda. Wycieczka na rafę niestety odpada. Sprawdziliśmy wycieczki na "wielki kamyk" Ayers Rock, ale ceny są powalające. Zostaje nam jeszcze Fraser Island. Może pożyczymy namioty i cały ten biwakowy ekwipunek i wybierzemy się na piaskową wyspę zobaczyć dingo? W razie czego zostaje nam jeszcze leżenie na plaży i chlapanie się w oceanie. Też miło. Prawda?
poniedziałek, 3 stycznia 2011
O, jak gorąco!!
To jest Australia! Słońce, błękitne niebo, gorąco.... tak powinno być już od dawna. Cały dzień moczyliśmy się w oceanie. Dzisiaj ostatni dzień "public holiday", na plaży dzikie tłumy turystów, parking nad oceanem pełny, wszyscy korzystają z pierwszego naprawdę pięknego dnia od bardzo bardzo dawna. Miejsca z odrobiną cienia pod drzewami oczywiście pozajmowane, reszta plaży to patelnia. Ku radosze chłopczyków zbudowałam im chatkę. Parę patyków, mamina sukienka i zawsze to troszeczkę cienia. Wokoło nas inni plażowicze z super namiocikami i parasolkami, a my jak te robinsony: trzy patyki i szmatka. Ale nie wiem jak bym miała jeszcze namiocik na plaże nosić, już i tak jak idę z chłopczykami sama na plaże to jak wielbłąd: plecak, torba z ręcznikami, wielka torba zabawek i dwa buczące potwory uczepione za spódnicę. Było tak gorąco że i tak cały czas moczyliśmy pupy w wodzie. Mamy nadzieje że pogoda się już utrzyma, i że moja mama i sister jak przylecą będą miały prawdziwe wakacje w upalnej Australii!Wieczorem zbierało się na burze, nawet takie straszne chmury się na horyzoncie pojawiły, ale przeszło bokiem i jak na razie nic nie pada. Oby tak dalej.
sobota, 1 stycznia 2011
Witamy w Nowym Roku
Spędziliśmy sobie spokojnego i miłego sylwestra "pod palmami". Na małym party u poznanych u naszych gospodarzy bardzo fajnych "prawdziwych" Australijczyków. Prawdziwych, bo jak na razie to mamy tu samych znajomych Niemców/Australijczyków :-) Jack i Michel mieszkają w klasycznym australijskim domu w Pomonie, niedaleko nas. Mają koniki, przepiękny dom, wspaniałą maksymalnie zarośniętą werandę i mnóstwo palm dookoła. Michel doskonale gotuje, zachwyciła nas wszystkich kuchnią indonezyjską. Takich springrolsów jeszcze nigdy nie jadłam. Mam dostać na wszystkie dania przepisy to obowiązkowo zamieszczę na blogu! Tylko chłopczyki się nie najedli bo wszystkie dania były dla nich za ostre. My siedzieliśmy i gadaliśmy, chłopczyki bawili się na werandzie, jak się zmęczyli poszli grzecznie spać do gościnnej sypialni. O północy wypiliśmy szampana, nakarmiliśmy bananami posuma (taki śmieszny futerkowy zwierzak, jak mysza ale wielkości kota, siedział sobie na dachu i zaglądał nam do talerzy), a chłopczyki nadejście Nowego Roku przespali. Niestety pierwszy dzień Nowego znów deszczowy, lało dziś i świeciło na zmianę. Na wyjście z domu jednak nie było szans więc musieliśmy się nudzić pod dachem. Oj się wynudziliśmy!
Subskrybuj:
Posty (Atom)













