sobota, 12 lutego 2011




Zostały nam niecałe dwa tygodnie. Staramy się napchać plażą, słońcem, wodą i całą tą zielonością do oporu żeby nam starczyło jeszcze na długo w naszej szaroburej Polsce. Nawet nie będę wam znów pisać o plażowaniu - przez te cztery miesiące naczytaliście się dość o piasku i oceanie! To już nudne... Poza plażą, głównym tematem teraz są przygotowania do targów. Tyle nowych błyskotek trzeba dodać do katalogu - to moja działka. Zdjęcia, ich obróbka, nowy katalog, cenniki i cała reszta konieczna na targi biżu do Gdańska.  A Adam codziennie donosi nowe sztuki biżuterii, więc mam co robić.... No i rzeźby jeszcze powstają! Są już dwa całkiem ładne opalowe ślimaczki.

czwartek, 10 lutego 2011

Powraca temat kamolków, czyli kochanych adamowych kamoli do rzeźbienia. Propozycja żeby je wysłać kurierem niestety została odrzucona, polecą z nami w walizach i koniec. Dobrze że kamolki trochę zaczynają chudnąć - Adam zabrał się do ich "wstępnej obróbki" Po powrocie z bączkami z plaży zastaliśmy pięknego "opalowego" ślimaczka. W parę godzin Adam obrobił kamola w fajnie zapowiadającą się rzeźbę. A do tego kamolek schudł parę kilo, więc już nie tak strasznie widzę to przewożenie. Jutro zrobię fotki to zobaczycie jak powstaje ślimak ;-)

A my jak zwykle w "bezprzedszkolowy" czwartek siedzielismy na plaży. No bo co tu innego robić ;-)

środa, 9 lutego 2011

Czas szybko leci...

Ale szybko zleciał czas - zostały nam już tylko dwa tygodnie w słońcu ( no narazie od dwóch dni pochmurno) i wracamy do ws kochani!! Jeszcze tylko parę razy na plażę, poleżeć pod palmami, napatrzyć się na tą całą zieloność i trzeba będzie się pakować. Już się boję... jak my się zapakujemy z powrotem do tych waliz!! Adam musi (!) zabrać swoje kamolki, do tego jeszcze biżuteria, cała masa opali, pereł i innych skarbów. Trochę ciuchów odpadnie - w końcu chłopczyki urośli i część ciuszków już na polski sezon letni będzie zupełnie za mała. A niektóre są już tak zjechane i wypłowiałe od słońca że tylko do wyrzucenia się nadają. My też zostawiamy część ubrań - nie ma sensu wozić w te i z powrotem starych koszulek. Co lepsze upiorę i zapakuje do kontenera dla Salvation Army. Oddamy też chłopczykowe zabawki i książeczki po angielsku- nie ma sensu przecież zabierać tego do Polski. He he, w Salvation Army kupione, teraz wraca z powrotem. Na wszystkie książki po Polsku mam tu wielu chętnych więc o ich los się nie muszę martwić. Właśnie wczoraj był nasz znajomy z Brisbane i wszystkie przeczytane już przeze mnie książki znalazły nowych, spragnionych polskiej lektury właścicieli. Resztę książek i całą masę chłopczykowych książeczek po polsku oddam do biblioteki w Domu Polskim w Brisbane. Też się ucieszą. No to książki i zabawki możemy odliczyć od ogólnej wagi bagażu. Dojdzie za to trochę prezentów dla znajomych - Adam już mi zapowiedział ze mogę kupować tylko lekkie rzeczy. Więc nie gniewajcie się proszę jak dostaniecie tylko po breloczku do kluczy z miśkiem koalą - wszystko przez adasiowe kamolki i limity wagowe bagażu.
Tymczasem kochana rodzinka nie może się dostosować do polskiego czasu - mamuś i sister w dzień nieprzytomne, w nocy nie mogą spać i łazikują po nocy. Do tego sister chora. Ano tak to już jest jak się z lata wskakuje w zimę. Nas też to niedługo czeka. Już się "nie mogę doczekać" tego smarkania w Polsce,  (aż mi się odechciewa wracać...), nie ma to jak nie rozpakowane walizy, totalny chaos, lada chwila ważne targi w Gdańsku i dwoje chorych dzieci (i Adam na pewno też, więc troje!!)

poniedziałek, 7 lutego 2011

"przemytnicy" dotarli do Polski

Kochana rodzinka dotarła szczęśliwie do kraju. Nie obyło się oczywiście bez problemów z bagażem. No nie dziwota że się celnicy zainteresowali bagażami skoro mamuś wiozła w walizie wielki kawał skały, a sister kilkanaście sztuk biżuterii i kamieni do oprawienia!! Adam wymyślił sobie że wyrzeźbi coś w boulderze - skale opalowej ( to taka skała poprzecinana żyłkami opala). Pojechał po te kamole specjalnie w głąb kraju ( jakieś 1000 coś km w jedną stronę). Skały piękne ale jak to do Polski zwieść? Mamuś "przemyciła" jeden mniejszy kamyk, zostały jeszcze dwa wielkie. Jak my to wszystko upchniemy do waliz to nie wiem???? A do tego trzeba jakoś przewieść całą biżuterię którą tu Adaś zrobił, i całą masę innych skarbów.

niedziela, 6 lutego 2011

Pa pa rodzinko!








To był bardzo miło spędzony czas z rodzinką. Mam nadzieję że moja rodzinka myśli tak samo ;-) Pogoda nam dopisała. Rodzinka się wyplażowała i wymoczyła w cieplutkim oceanie. Było tak gorąco że w zasadzie nie było innego wyjścia jak siedzieć po uszy w wodzie. Teraz wracają opalone i wypoczęte ( o ile przy moich dzieciach da się wypocząć). Wczoraj rano Adam zawiózł je do Brisbane na lotnisko, do Polski chyba jeszcze nie dotarły, mają trochę czasu na lotnisku w Paryżu więc pewnie biegają po sklepach. A u nas w Cooroy pada deszcz, bączki w przedszkolu a ja odgruzowuje mieszkanie i znów walczę z pleśnią. Jest gorąco a do tego straszna wilgoć więc na ścianach i meblach znów wyrastają "cuda". Smutno mi strasznie bez rodzinki, fajnie było z Mamuś i Sister pogadać przy porannej kawce. A i zawsze łatwiej domowe obowiązki dzielić na trzy. No i bąbelkami się babcia i ciocia zajmowały, a teraz znów muszę sama wokół nich biegać....

czwartek, 3 lutego 2011

Już po cyklonie

Po nagłym wzroście oglądalności wnioskuję że znów polska telewizja pokazała "co w Australii piszczy" i wszyscy się zastanawiają czy żyjemy czy nas Yasi zmiótł. Cyklon postraszył, na mapach satelitarnych wyglądał jak "koniec świata już blisko" i .... nie było tak źle. Miasta które miały być na trasie cyklonu ewakuowano, co się dało zabezpieczyć zabezpieczono. Wszyscy spodziewali się najgorszego, ale na szczęście straty są stosunkowo niewielkie. Nie ma ofiar śmiertelnych, trochę zniszczonych domów ( o co przy tym budownictwie z desek i płyt raczej nie trudno ) połamane drzewa. Cyklon szybko wytracił prędkość, w zasadzie znikł z map satelitarnych. Zostało po nim tylko trochę chmur nad środkową Australią. Uff! Mam nadzieję że to już koniec przewidzianych klęsk żywiołowych. Już się naoglądaliśmy. A u nas gorąco i parno. Pot kapie z nosa. Wczoraj cały straszliwie upalny dzień spędziliśmy z rodzinką na plaży. Dało się wysiedzieć jedynie w cieniu, albo po uszy w wodzie. Dzisiaj tez gorąco, ale na razie siedzimy w domu, bo coś nam autko szwankuje. Adam właśnie pojechał z Jeepkiem do mechaników- chłodnica nie daje rady. Chyba mu upał zaszkodził.

środa, 2 lutego 2011

Yasi :-((((

To nie jest dobry rok dla Australii. Była już największa powódź w historii tego kraju. Teraz szykuje się największy cyklon. Cyklon Yasi ma uderzyć około północy w północne wybrzeże Queensland. Właśnie oglądamy wiadomości. Znów są ewakuacje całych miast, wystąpienia specjalistów, polityków. Ludzie którzy dopiero co otrząsnęli się z "wielkiej wody" teraz muszą się zmierzyć z wielkim wiatrem. Do tego dojdą jeszcze wielkie fale. Masakra...Cyklon ma wejść na teren Australii i powoli wytracać siłę. Jak na razie to cyklon 5 kategorii - najwyższej...
U nas cisza i spokój.
Upał straszny, do tego straszliwa wilgotność.
Tylko na plaży jest ciut lepiej.